Noclegi - polskie wybrzeże

wczasy, wakacje, urlop

Szlak Kaszubski

18 maj 2012r.

Prowadzi z Wdzydz Kiszewskich przez Grzybowo, Fingerową Hutę, Szymbark, Brodnicę Dolną, Chmielno, Kartuzy, Mirachowo, Kamienicę Królewską aż do Gdańska. Razem około 130 kilometrów w ciągu 16 dni. Na szlak ten corocznie od początku lipca wyruszają w trzydniowych odstępach dwudziestoosobowe grupy PTTK. Są to tak zwane wczasy wędrowne, przy czym termin „wczasy" jest raczej umowny. Warunki na szlaku są bowiem spartańskie, takie dla prawdziwych turystów-piechurów, jak to się mówi w żargonie turystycznym: kwalifikowanych. Mimo niewygód, noclegów w schroniskach na piętrowych pryczach, nie zawsze zadowalających usług wiejskiej gastronomii z roku na rok liczba zainteresowanych wędrówką Szlakiem Kaszubskim wzrasta. Wszelkie niedogodności rekompensują bowiem z nadwyżką piękne krajobrazy i ciekawe miejscowości. LUDOWOŚĆ SZMACIAKI patrz TKACTWO Szołobułkami zwie się pełne humoru obrazki sceniczne, właściwie udramatyzowane a -negdoty, oparte na motywach ludowych. Przykładem szoło-bułki jest August Szlóga Leona Heykego (patrz pod H), do dziś utwór niezmiernie popularny i grywany często przez kaszubskie zespoły a-matorskie, zwłaszcza na wsi. szop1ński ZOŁOBUŁKI Lubomir Szopiński od najmłodszych lat żył w przyjaźni z muzyką. Trudniej natomiast układały się jego stosunki z ludźmi. Już w czasach gimnazjalnych, w rodzinnej Kościerzynie, miewał zatargi z dyrekcją szkoły, u których podłoża leżała naturalnie muzyka. Później, gdy jako uczeń konserwatorium polskiego w Gdańsku, przy poparciu profesora Kazimierza Wiłkomirskiego, założył w roku 1936 w swym mieście rodzinnym Kościerzynie Towarzystwo Muzyczne, popadł w kolizję z całą miejscową parafią, a zatem i z pewną częścią społeczeństwa. Towarzystwo bowiem, posiadające nie tylko czterdziestoosobową. 422 pierwszą w Kościerzynie orkiestrę symfoniczną, ale i chór, było groźną konkurencją dla kościelnego chóru Sw. Cecylii. Toteż gdy dwoje młodych z Towarzystwa brało ślub, proboszcz nie zgodził się, by chór Towarzystwa śpiewał w kościele. Ostatecznie po naleganiach przyzwolił, ale pod warunkiem, że bez dyrygenta Szopińskiego. Vóźniejsza zemsta chłopców z Chóru za te szykany była sroga. Wszyscy, jak było ich kilkunastu, udali się do spowiedzi do księdza proboszcza, a każdy spowiadał mu się z tego, jak go przeklinał... Towarzystwo Muzyczne istniało w Kościerzynie do 1939 roku. Już w czasie nauki w konserwatorium utalentowany uczeń zastępuje profesora Wiłkomirskiego w roli dyrygenta chóru „Lutnia" w Sopocie. Od 1937 roku pełni tę funkcję stale, prowadząc liczne występy i szkoląc zdolną młodzież. Wojna przerywa w zaraniu karierę dwudziestosześcioletniego muzyka. Aresztowany 8 września 1939 roku za patriotyczną działalność na terenie Wolnego Miasta Gdańska Lubomir Szopiński znalazł się pod koniec września w obozie koncentracyjnym Stutthof. Tu chory, walczący ze śmiercią — komponuje. Powstaje znana więźniom kilku obozów pieśń do słów współtowarzysza niedoli, Zdzisława KarrJaworskiego, Sen więźnia. Wygrzebawszy się z choroby Szopiński cyklinował parkiety w obozowych rezydencjach SS-manów. Pewnego dnia zauważył w jakimś pokoju wiolonczelę. O tym epizodzie tak pisze Leon Roppel (patrz pod R) w swoim szkicu o Szopińskim pt. Zwycięstwo pieśni: „Jakżeby mógł powstrzymać się od wypróbowania instrumentu i zagrania nowo skomponowanej melodii? Wtem słyszy kroki. Wszedł SS-man. Szopiński odskoczył i skulił się. Spodziewał sdę co najmniej kopniaka i paru wyzwisk — a tu stało się inaczej. SS-man zapytał: »Co grałeś, Brahmsa czy Beetho-vena?« »Ani jednego, ani drugiego — odpowiedział Lubomir. — To była moja kompozycja, którą sam stworzyłem tu w obozie. To Haftlings-traum«... I stało się, że muzyka przemówiła sobie właściwym językiem. Być może, że piękno melodii oraz jej wykonanie do tego stopnia u-rzekły SS-mana, że nie wybuchnął gniewem, a Szopiński uzyskał nawet pozwolenie na dalsze działanie w tej dziedzinie połączone z możliwością zorganizowania małego zespołu śpiewaczego". O występach tego zespołu wspomina pisarz i dziale, oz mazurski, były więzień Stutthofu, dr Władysław Gębik, że były „pierwszą zorganizowaną strawą duchową i pierwszym zastrzykiem wiary w zwycięstwo życia nad śmiercią"... Ze Stutthofu wywieziono Szopińskiego do Oranienburg--Sachsenhausen, potem zaś do Mauthausen-Gusen, gdwe przebywał do wyzwolenia. Znów terror, głód, śmierć dookoła, a Szopiński — znów zakłada chór. W Gusen tworzy dalsze pieśni: Dla nas słońce nie zachodzi, nieoficjalny hymn więźniów z Gusen, dalej Pieśń o szczęściu i Pieśń o piosnce. W roku 1942 liczba chórzystów doszła do dwustu, byli tam również Czesi, Jugosłowianie, Słowacy... Powstała silna grupa o-poru, pieśń stała się orężem w walce o przetrwanie. Po wojnie Lubomir Szopiński powraca do Kościerzyny i znów zaczyna działać. Już' w 1947 roku tworzy chór kaszubski, który potem rozbudowuje się w znakomity, ponad stuosobowy Zespół Pieśni i Tańca Ziemi Kaszubskiej. Kaszubskie melodie ludowe opracowuje sam dyrygent. 423 Niestety, mimo dużego dorobku, mimo wielu sukcesów zespół rozpada się. Szopiński, rozczarowany, opuszcza rodzinne miasto. Po licznych wędrówkach osiada na koniec we '^Wrocławiu, na stanowisku dyrygenta chóru Polskiego Radia. Prowadzi go do roku 1960. Przeżycia obozowe dają jednak o sobie znać coraz- dotkliwiej. Po ciężkiej chorobie umiera 5 listopada 1961 roku mając lat zaledwie czterdzieści osiem; Pogrzeb Lubomira Szopińskiego odbył się w Kościerzynie i był manifestacją uzna-I nia, niestety spóźnionego, dla j pięknej działalności utalentołożenie, w kompleksie Wzgórz Szymbarskich, w sąsiedztwie Wieżycy (patrz pod W) uczyniło z tej wioski centrum wypoczynku zimowego. Jak tylko spadnie śnieg, a tu jest najpewniejszy i trzyma się najdłużej, w Szymbarku robi się gwarno. Narciarze, kuligi — prawie kaszubskie Zakopane. Ale i latem ma Szymbark powodzenie. Trafiają tu wówczas turyści „wysokogórscy", najczęściej już po zdobyciu szczytu Wieżycy, na — obiad. 424 wanego kaszubskiego muzyka. w dziesiątą rocznicę śmierci kompozytora w 1971 roku w jego rodzinnym mieście rozpoczął działalność chór imie-na Lubomira Szopióskiego stworzony przez jego byłych uczniów. Jest najwyżej położoną wsią na Kaszubach, około 250 metrów n.p.m. To szczególne po- & Ścinanie kani Nieszczęśliwa kanio — jakżeś ty wołała, Kiedyś w lesie na drzewie siedziała, Gdy do domu konie gnali I ciebie złapali? Pić! Pić! — damy ci pić! Psim gnatem, kobylim donatem! Orczykiem wygrzebajcie, Tego się wszyscy źli ludzie spodziewajcie! A bliżej do mnie nie przystępujcie! Florian Ceynowa: Ścinanie kani Jeszcze na początku naszego stulecia na Kępie Swarzewskiej, Oksywskiej i Puckiej wystawiano po wsiach w wigilię świętego Jana widowisko zwane od pradziadów „ścinaniem kani". Nie istnieje niestety żaden zapis oryginalnego tekstu widowiska, nie wiemy nawet, czy istniał jakiś obowiązujący schemat. Badacze, etnografowie i pisarze, począwszy od Floriana Ceynowy (patrz pod C), w różny sposób próbowali odtworzyć i zinterpretować ten oryginalny obyczaj, w różny też sposób wyjaśniali jego genezę. Kania to ptak drapieżny z rodziny sokołów, dziś rzadko spotykany i pozostający pod ochroną. A kania w przekazach ludu kaszubskiego? Podczas posuchy kania nie może zaspokoić pragnienia i dlatego bezustannie „lótó wedle checzy i wołó: pic, pic!" Wolno jej bowiem pić tylko wodę deszczową zebraną w zagłębieniach kamieni. Dlaczego? Otóż, jak mówi o-powieść z Puzdrowa, kania popełniła kiedyś grzech. Gdy była na Kaszubach wielka susza, tak wielka, że powysy- chały jeziora i błotka i nawet morze wyschło do dna, ptaki nie miały co pić. Wtedy Pan Bóg polecił im wykopać sobie studnię. Wszystkie ptaki zabrały się do roboty, tylko kania nie chciała kopać stud-'-ni, żeby sobie nóg nie ubrudzić. Od tego czasu nie wolno jej pić wody poza tą, co w kamieniu stoi. Wersja z Lipusza dodaje, że kania wstydzi się teraz swego lenistwa i nie śmiąc pić z jezior i rzek, musi latać po wodę aż do morza. Według podania z północnych Kaszub kania pochodzi od... kobiety. Przeobrażenie nastąpiło w czasach, gdy Pan Jezus ze świętym Piotrem wędrowali po świecie. Wstąpili wtedy do jednej białki, żeby się napić wody, a ona im jej nie dała. Za karę zamieniła się w kanię. Inna wersja mizoginiczna mówi, że kania to czarownica, która ma zdolności przeobrażania się i pod postacią tego ptaka wyrządza krzywdy ludziom: nie dość, że czyni spustoszenie wśród ptactwa, jeszcze ma zły wpływ na dziewczęta... Tak więc ów ptak, skala- ny, w ten czy inny, iście ludzki sposób, musi stać się ofiarą dokonaną w chwili a-pogeum zwycięstwa dnia nad nocą. Na czas obrzędu wskazuje również przysłowie z Kępy Oksywskiej: „Nabroił, a teraz boi się jak kania na świętego Jana". W sobótkowy zatem wieczór na Kaszubach, chętnie w miejscu wznoszącym się ponad wsią, na polanie lub na placu, odbywała się ta ceremonia w obecności mieszkańców. Wnoszono przywiązaną do żerdzi kanię, za którą postępował kat z toporem. Mówca-oskarżyciel ogłaszał listę win, a sędzia wydawał wyrok. Milczące solo kata wyzwalało z tłumu westchnienie ulgi i prawo do weselenia się. Pasjonująca jest zwłaszcza owa lista win. Jak wskazuje tradycja, była ona bowiem z reguły aktualizowana. Treść stanowiły lokalne wykroczenia miejscowej społeczności i poszczególnych jej członków. Głowa obarczonej zatem nad miarę kani musiała spaść czy to w czerwieni prawdziwej krwi, czy choćby jako gliniany symbol. Żywą bowiem niegdyś kanię zastępowano z biegiem czasu kurą, wroną, wreszcie figurką ulepioną z gliny. Gdzieniegdzie, jak na przykład w Wielkiej Wsi, kanią, którą ścinano, był — kwiat, najchętniej czerwona piwonia. Wieloznaczny jest więc o-byczaj ścinania kani. Jej tajemne związki z kobietą, symbolika czerwieni: krwi--kwiatu, zdają się potwierdzać, jak chciał Ceynowa, bardzo wiekowy, pogański charakter obrzędu. Znakomity badacz Bernard Sychta (patrz pod S), z którego Słownika gwar kaszubskich pochodzi w większości przekazany tu rodowód kani, zauważa, że według relacji ze Strzelna widowisko było jakby „wkupywaniem się młodych pasterzy do grona pasterskiego, zdobywaniem prawa udziału we wszystkich wiejskich zabawach". Czterech nowicjuszy dzieliło między siebie role Króla, Kata, Sołtysa i Sędziego. Po ścięciu kani zaczynała grać orkiestra, każdy chłopak podawał wybranej dziewczynie swoją czapkę, a ta oddawała mu ją przybraną wstążkami i tańczyła z nim przez cały wieczór. Nieprzyjęcie czapki oznaczało odrzucenie partnera... A więc obrzęd był rodzajem inicjacji. Uwagę badaczy oraz pisarzy trawestujących motyw ścinania kani w literaturze, a było ich już wielu, od Cey-nowy poprzez Jana Karnowskiego (patrz pod K), Jana Patoka (patrz pod P), Jana Rompskiego (patrz pod R) do współczesnych, po Bolesława Faca, fascynowały różne jego oblicza. A więc ścinanie kani jako funkcja krytyki społecznej; ścinanie kani jako „relikt prawa zwyczajowego zamierzchłych czasów, dokument zbiorowej świadomości moralnej regionu" (Jerzy Samp: Historia ptaka bez głowy). Również jako powszechna ekspiacja za pomocą przerzucenia własnych win na pewnego kozła ofiarnego... Ta ostatnia metafora szczególnie silnie przemawia do wyobraźni nam, współczesnym.

ocena 4,8/5 (na podstawie 5 ocen)

Kurorty w Polsce nad morzem oraz baza noclegowa.
wczasy, nad morzem, puck, swarzewo, oksywie